Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, jak to jest spędzić weekend w Paryżu, nie wypalając dziury w portfelu? Oto moja relacja z tego szaleńczego weekendu, gdzie każda chwila była magiczna, a euro... no cóż, były ograniczone. Przylot do Paryża późnym wieczorem to najlepsze co mogło mi się przytrafić — loty tańsze jak barszcz! Nocleg znalazłem dzięki #hostelpodeweltą, czyli sporą dawką cierpliwości i internetu. Hostel skromny, ale za to z widokiem na podwórko pełne urokliwych gołębi (i odgłosów pędraków).
Pierwszy dzień spędziłem na klasyce gatunku: Luwr (nie żeby wejść — kto by czekał w tej kolejce?), sesje zdjęciowe z Mona Lizą przez okno! Potem ruszyłem spacerkiem w stronę Wieży Eiffla. Tutaj pro tip: najlepiej oglądać ją z daleka o złotej godzinie — raz że taniej, dwa że doskonała pora na niewinnie zazdrosne spojrzenia turystów robiących selfie.
W kwestii jedzenia znalazłem swoje kulinarne eldorado przy Rue Cler, uliczki pełnej piekarni oferujących bagietki tak pyszne, że aż zapomniałem o glutenie! Na obiad wybrałem budżetową wariację croque monsieur — wersja we własnym wydaniu na ławce w parku. Jak dobry Polak dostałem gęsiej skórki zachwytu!
Drugi dzień rozpoczął się od wizyty na Montmartre. Wchodziłem pieszo i upajałem się darmowymi widokami oraz sztuką uliczną, która czasem była lepsza niż te wszystkie muzealne cuda (serio!). Nie obyło się bez robienia zdjęć przy #moulinrougenazarcie — wyniki przetrwania dla potomnych całkowicie gratis!
Na koniec zamknąłbym ten wyjazd odwiedzając targi Saint-Ouen z ciekawymi starociami i oryginalnymi bibelotami (ktoś jeszcze pamięta magnetofony?). Pytanie do was: jakie są wasze ulubione sposoby na tanie podróżowanie po Paryżu bez utraty duszy rezerwowego zawodnika portfela? Czekam na wasze podpowiedzi!
Ostatnio zastanawiam się, czy podczas mojej podróży do Maroka wybrać Fez czy Marrakesz. Z jednej strony Fez kusi swoją autentycznością i podobno najbardziej skomplikowaną mediną na świecie, gdzie podobno można zgubić się nawet z GPS'em w ręku. Kto wie, może to właśnie tam przeżyję swoją własną wersję 'Zmierzchu bogów' walcząc z lokalnymi kotami o kawałek churma... #fez #zagubionywfezie
Z drugiej strony jest Marrakesz, bardziej turystyczny, ale i pełen życia na Jemaa el-Fna. Gdzie indziej mogę spersonalizować swoje doświadczenie zakupu dywanu od handlarza, który przysięga, że sprzedaje go po raz pierwszy? Słyszałem też o niesamowitej roślinności w Ogrodach Majorelle. Podobno Yves Saint Laurent kochał te miejsca — kto by nie chciał poczuć się jak w filmie? #marrakesz #yvesogrody
Zastanawiam się, czy są tu podróżnicy z doświadczeniem, którzy zdołali odwiedzić oba miasta? Jakie smaczki skrywają te miejsca poza przewodnikami? Możliwe, że znajdę tam takie cuda jak Gruziński Szlak Winny: Odkryj Kachetię i jej Wina, tylko w marokańskim klimacie?
Znacie to uczucie, kiedy wspinacie się na szczyt, serce bije w rytm Tatr i nagle zamiast szumu wiatru słyszycie najnowsze hity zarzynane z przenośnego głośnika? Niby jesteśmy w sercu natury, a czuję się jakbym stał pod blokiem w centrum miasta. W zeszłą sobotę postanowiłem wybrać się na Giewont, podobno #mustsee każdego miłośnika górskim eskapad. To miał być dzień pełen majestatu i ciszy, ale zamiast tego częstowały mnie dźwięki techno rozbrzmiewające na całym szlaku! Czy naprawdę potrzebujemy muzyki na łonie przyrody? Jakby Tatry nie miały swojego unikalnego soundtracku – śpiew ptaków, szum strumyków, a ja dostaję "darudę"...
Najbardziej frustrujące jest to, że nie jestem sam z tym zdaniem! Widziałem innych turystów przewracających oczami i próbujących uciec gdzie indziej. A może to ja jestem z innej epoki i obecni miłośnicy gór lubią swoje wyprawy z DJ-em w tle? Jedno jest pewne – ta moda rozprzestrzeniła się jak wirus po wszystkich znanych szlakach. No bo wiecie, nic tak nie uspokaja jak dobra techniawka na Radhošťu!
Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam muzykę! Ale są miejsca naturalnie przeznaczone do konsumpcji dźwięków: koncerty, kluby czy własna kanapa. Góry jednak wolę bez akompaniamentu Justina Biebera... Serio mówiąc, jeśli ktoś jeszcze raz puści "Despacito" na Kasprowym Wierchu, bez mrugnięcia okiem ruszę do ataku ze śnieżką! Może by tak pomyśleć nad regulaminem zakazującym przenośnych głośników? Boję się tylko, że zaraz pojawią się spekulanci sprzedający „przemytnicze” zestawy głośnikowe przed wejściem na szlak.
Co Wy na to? Czy czaicie mój ból i myśli o zakazie byłyby dobrym pomysłem? Może macie inne historie związane z nieoczekiwanymi dźwiękami podczas waszych podróży?
Sri Lanka zawsze była na mojej liście marzeń i w końcu udało mi się odwiedzić tę perłę Oceanu Indyjskiego! Pierwsze chwile spędzone w Colombo to mieszanka ekscytacji i lekkich obaw o bezpieczeństwo. Ale nie taki diabeł straszny! Ważne jest, żeby unikać ciemnych zaułków i nosić plecak z przodu - ot, jak w każdym większym mieście. Najwięcej krążyłem po Kandy – jezioro w samym sercu miasta daje trochę oddechu od miejskiego zgiełku, a Świątynia Zęba to must-see!
Transport na wyspie jest całkiem przyjazny dla kieszeni podróżnika. Pociągi kursują regularnie, choć bywa tłoczno – zwłaszcza na trasach turystycznych jak ta do Ella. Widoki rekompensują wszelkie niedogodności, więc warto ulokować się przy oknie. Co ciekawe, jest tam niesamowita możliwość spróbowania owoców prosto z targu. Mango czy jackfruit zakupione od uśmiechniętej sprzedawczyni potrafią poprawić nastrój nawet po mniej udanym dniu.
Przyznam, że kulinarna przygoda mnie nie zawiodła - szczególnie polubiłem kottu roti i curry w każdej postaci. Lokalne knajpki są mistrzami smaków! Ciekawe czy Was też zachwycił tutejszy street food tak samo mocno jak mnie?
Podzielcie się swoimi doświadczeniami - jakie miejsca jeszcze warto odwiedzić? Czy ktoś miał okazję eksplorować mniej turystyczne zakątki wyspy?
Wilno - polskie miasto
Hej Maciek! Sri Lanka to rzeczywiście miejsce, które warto odwiedzić raz w życiu. Też byłem w Kandy, ale dla mnie niespodzianką były okolice Nuwara Eliya. Przepiękne plantacje herbaty i chłodniejsze powietrze sprawiają, że można trochę odpocząć od tropikalnych upałów. Jeśli jeszcze nie byłeś, polecam Adams Peak — wspinaczka o świcie jest prawdziwym wyzwaniem, ale widok z góry wynagradza wszystko! Co do street foodu, spróbowałeś hoppersów? Idealne na szybkie śniadanie! #SriLankaPrzygoda
Hej Maćku! Skoro mowa o transportach, to warto przemyśleć podróż tuk-tukiem. Kierowcy czasem próbują cię skasować jak za złoto, ale jeśli się potargujesz, można zaoszczędzić kasę na kolejne kottu roti. A co do jedzenia, to polecam spróbować hopperów na śniadanie – są pyszne i dają energię na cały dzień eksploracji. No i unikaj sieciowych hoteli, bo lokalne guesthousy oferują prawdziwie domową atmosferę oraz smaczne domowe śniadania w cenie. #SriLankaAdventures
Ostatnio zaplanowałem spontaniczny wypad do Włoch, ale nie chciałem przepłacać za loty. Okazało się, że niedzielne popołudnia to najlepszy moment na łapanie okazji! W systemie #lowcost linii Ryanair i Wizz Air można upolować bilety z Warszawy i Krakowa do Rzymu czy Mediolanu za naprawdę drobniaki. Rano popijam cappuccino na Piazza Navona, a wieczorem udaję się na noclegi do hostelu w samym sercu Wiecznego Miasta — polecam The Yellow Square Rome dla tych z was, którzy lubią życie towarzyskie i tanie drinki! A co z jedzeniem? Mam swoją tajną broń: targ Testaccio, gdzie schrupiesz najlepsze arancini w mieście (i to bez bankructwa!). Jakie jeszcze inne skryte perełki warto odkryć? Co powiecie na podróż #pociagiem przez włoskie winnice?
Bartek, brzmi to całkiem nieźle! Zawsze mnie korciło sprawdzić te pociągi przez winnice — ile mniej więcej kosztuje taki bilet i czy naprawdę można coś tam dobrego popróbować po drodze? A skoro jesteśmy przy winie, to może podpowiedz, gdzie warto zajrzeć na degustację bez nadętych cen za lampkę? Z mojej strony, jak już będziesz w Rzymie, polecam knajpkę Nonna Betta w żydowskiej dzielnicy — ich karczochy są bliskie ideału.
Ciekawi mnie ten hostel, The Yellow Square Rome — jakie są tam ceny za noc i czy można się stamtąd łatwo dostać do Koloseum? I jak z jakością tych drinków, nie leją samej wody? 😄
Znacie to uczucie, kiedy wracasz z Japonii i twój organizm myśli, że kotlecik o 3 w nocy to najlepszy pomysł na świecie? Tak, tak, jet lag z Azji potrafi zmylić wszystko, co wiemy o zdrowym rozsądku. Ostatnio wróciłem z Tokio i serio, mój zegar biologiczny zaczął żyć własnym życiem. Wyobraźcie sobie - próbuję zasnąć przy dźwiękach porannego karaoke sąsiadów, bo mój mózg pamięta wciąż cudowne wieczory spędzone w tokijskich barach. Były chwile, kiedy po prostu chciałem zamienić się miejscami z tymi psami Hachiko - siedzieć całymi dniami bez ruchu i czekać na coś... tylko nie wiem na co 🤔.
A propos psów Hachiko - jeśli nie mieliście okazji zobaczyć tego kultowego miejsca, naprawdę warto! Chociaż może wasz organizm postanowi zrobić siestę na przystanku autobusowym zamiast kontemplować wielką miłość do człowieka. Mimo wszystko... w Tokio zawsze znajdzie się coś nowego do odkrycia. Może następnym razem spróbuję jakiejś sofy w kapsułowym hotelu - może one mają magiczne właściwości synchronizujące czas? #tokio jest pełne tajemnic...
Zawsze zastanawiałem się nad teorią spiskową dotyczącą japońskiego jedzenia i jego wpływu na jet lag. Czy to możliwe, że ramenik z pobliskiej uliczki ma zdolności przesuwania wskazówek zegara? Nasze sushi wieczorową porą nigdy nie smakuje tak dobrze jak tam... a na miejscu - czysta magia! A może to te automaty sprzedające ciepłe napoje poprawiają ogólny nastrój i pomagają jakoś przetrwać ten somnambuliczny koszmar? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.
Jakie są wasze strategie radzenia sobie z tą bezlitosną zmorą jet lagu? Ktoś próbował jogi o piątej rano albo kawowych ceremonii (ale nie tych typowych)? Czekam za mądrością ludu!
#japonia #jetlagwazji #ramenwtokio
Bartek, ja miałem jeszcze gorzej! Wróciłem z Tokio w sierpniu i ledwo przeżyłem upały – myślisz, że jet lag to koszmar? Spróbuj walczyć z klimatyzacją w metrze i 38°C na dworze. Zamiast zanudzać się ramenem, odkryłem nieśmiertelne izakaye przy Shinjuku – polecam Omoide Yokocho, świetna strefa zapomnienia i resetu biologicznego zegara. No i te piękne ogrody Shinjuku Gyoen, gdzie można złapać oddech między jednym a drugim szokiem kulturowym. Jak masz tipy na senne noce, podziel się! #tokio2023
Planowanie wyjazdu do Prowansji to jak układanie puzzli – niby proste, ale szczegóły mają znaczenie. Marzę o wizycie w tej pachnącej krainie, kiedy lawenda jest w pełnym rozkwicie. Mówią, że fioletowe pola najlepiej podziwiać w okolicach Plateau de Valensole, gdzie zapachy potrafią zakręcić w głowie bardziej niż trzydniowy festiwal win we Francji! Słyszałem, że najpiękniejszy widok jest na przełomie czerwca i lipca, ale nie chcę wylądować tam zbyt wcześnie ani zbyt późno. Może ktoś ma doświadczenie i wie, czy warto polować na tanie loty do Marsylii z rana czy lepiej poczekać na wieczorne? Transport lokalny to też zagwozdka – pociąg z Marsylii do Aix-en-Provence, a potem? Może wynajem roweru, żeby poczuć wiatr we włosach wśród pól? A jak Wy planujecie wasze lawendowe przygody? Jaka jest wasza ulubiona część Prowansji na fioletową eskapadę?
Przypadkiem wylądowałem w Budapeszcie z pakietem basenowym zamiast biletów na koncert... I nie żałuję! Zacząłem od Széchenyi, bo reklamy wszędzie krzyczały: 'Tu znajdziesz spokój'. Wbiegłem (dosłownie) i zanurzyłem się w ciepłej wodzie; zapomniałem o całym świecie. Jeden z moich znajomych twierdzi, że to jak grzanie się w gorącej herbacie — mało precyzyjne porównanie, ale oddaje przyjemność.
Transport? Łatwo dojedziecie metrem linii M1 prosto pod drzwi. Jak zgłodniejecie po kąpielach, spróbujcie langosza na stoisku tuż obok. Smażony placek z ogromną ilością śmietany i sera, który zaspokoi każdy głód.
Jeśli macie ochotę na coś nietypowego, polecam Király Fürdő — bardziej intymne miejsce, gdzie czas się zatrzymał w XVII wieku. Depozytyk? Coś niesamowitego! Jest kameralnie i cichy, co czyni je rajem dla tych zmęczonych miejskim gwarem.
A jak już wrócicie do hotelu po dniu pełnym relaksu, pamiętajcie napić się palinki — nic tak nie rozgrzeje przed snem!
Kto ma jeszcze jakieś termalne perełki do polecenia? Chętnie odwiedzę więcej takich miejsc!
Zanzibar, to było coś! Wyobraźcie sobie, że niemal przegapiłem lot powrotny, bo zasiedziałem się na plaży Kendwa oglądając turkusowe fale. Ta wyspa ma w sobie coś magnetycznego! Jakby dla równowagi, odwiedziłem Stone Town - cotygodniowy targ przypraw kusił zapachami bardziej niż niejedna babcia z pierogami. A tamtejszy Forodhani Gardens, gdzie świeże owoce morza lądują na grillu? Nocna uczta i spektakl w jednym.
Kultura Zanzibaru to prawdziwy koktajl: afrykańskie korzenie zmieszały się tu z arabskimi i indyjskimi wpływami. Zastanawia mnie tylko, jakim cudem nie porwała mnie jeszcze mantra Siwa (ichniejszej wersji Mambo No. 5) grająca w tle dosłownie wszędzie!
Powiedzcie mi, czy ktoś z Was próbował tanecznych kroków podczas festiwalu muzycznego Sauti za Busara? Albo jak wypada snorkeling przy Mnemba? Czy faktycznie lepszy od tych reklamowanych przez lokalnych "przewodników" wycieczek all-inclusive?
#tanzania #zanzibar #kendwaplaza #stonetownprzyprawy
A jak z bezpieczeństwem wieczorem w Stone Town? Słyszałem różne opinie, ale nie chciałbym się martwić o portfel podczas nocnych wypraw na Forodhani Gardens. #StoneTownNightLife
Mazury kajakiem to czysta przyjemność! Pamiętam, jak kilka lat temu po raz pierwszy wsiedliśmy z kumplem do kajaka na Jeziorze Nidzkim. Rozpoczęliśmy naszą 4-dniową trasę z Rucianego-Nidy i od razu wpadliśmy w wir przygód. Miejscowe wiewiórki okazały się bardziej zainteresowane naszym prowiantem niż my sami!
Planując trasę, polecam zacząć właśnie tutaj i kierować się przez jezioro Bełdany aż do Mikołajek. To około 30 km dziennie, więc przygotujcie się na kilka solidnych machnięć wiosłem. Pierwszy dzień rekomenduję zakończyć na wyspie U Faryja — niezła miejscówka na biwak, a widok zachodzącego słońca nad taflą jeziora jest wart każdej opuchniętej dłoni.
Warto też zrobić przystanek na Krutyni — to raj dla miłośników przyrody, gdzie czas płynie inaczej. Dosłownie zatrzymajcie się i posłuchajcie śpiewu ptaków (serio, to nie tylko mit).
Jakie macie ulubione trasy kajakowe na Mazurach? Może gdzieś odkryliście ukryty skarb? #polska #mazury #kajakowanie #jezionidzkie
Marcin, zgadzam się, że Mazury to czad, ale pamiętajcie o jednym: kapok to podstawa! Nieraz widziałem, jak ludzie pływali bez zabezpieczenia i mało brakowało do kąpieli. Co do jedzonka, polecam zabrać własny prowiant — ceny w lokalnych sklepikach momentami mogą zaskoczyć bardziej niż te w Warszawie. A jeśli planujecie nocleg w Mikołajkach, to warto wcześniej zarezerwować coś przez internet — w sezonie wszystko znika jak świeże bułeczki. #praktycznerady