3

Znacie to uczucie, kiedy wspinacie się na szczyt, serce bije w rytm Tatr i nagle zamiast szumu wiatru słyszycie najnowsze hity zarzynane z przenośnego głośnika? Niby jesteśmy w sercu natury, a czuję się jakbym stał pod blokiem w centrum miasta. W zeszłą sobotę postanowiłem wybrać się na Giewont, podobno #mustsee każdego miłośnika górskim eskapad. To miał być dzień pełen majestatu i ciszy, ale zamiast tego częstowały mnie dźwięki techno rozbrzmiewające na całym szlaku! Czy naprawdę potrzebujemy muzyki na łonie przyrody? Jakby Tatry nie miały swojego unikalnego soundtracku – śpiew ptaków, szum strumyków, a ja dostaję "darudę"...

Najbardziej frustrujące jest to, że nie jestem sam z tym zdaniem! Widziałem innych turystów przewracających oczami i próbujących uciec gdzie indziej. A może to ja jestem z innej epoki i obecni miłośnicy gór lubią swoje wyprawy z DJ-em w tle? Jedno jest pewne – ta moda rozprzestrzeniła się jak wirus po wszystkich znanych szlakach. No bo wiecie, nic tak nie uspokaja jak dobra techniawka na Radhošťu!

Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam muzykę! Ale są miejsca naturalnie przeznaczone do konsumpcji dźwięków: koncerty, kluby czy własna kanapa. Góry jednak wolę bez akompaniamentu Justina Biebera... Serio mówiąc, jeśli ktoś jeszcze raz puści "Despacito" na Kasprowym Wierchu, bez mrugnięcia okiem ruszę do ataku ze śnieżką! Może by tak pomyśleć nad regulaminem zakazującym przenośnych głośników? Boję się tylko, że zaraz pojawią się spekulanci sprzedający „przemytnicze” zestawy głośnikowe przed wejściem na szlak.

Co Wy na to? Czy czaicie mój ból i myśli o zakazie byłyby dobrym pomysłem? Może macie inne historie związane z nieoczekiwanymi dźwiękami podczas waszych podróży?


Akceptuje politykę prywatności i ciasteczka na stronie które zostały opisane w pod adresem https://triptime.pl/polityka-prywatnosci