1

Planowanie podróży do Chorwacji to jak próba wybrania najlepszego kawałka w ulubionej czekoladzie — każdy jest inny, ale wszystkie kuszące! Przede mną dylemat: Dubrownik czy Split? Mam tydzień i obie opcje krzyczą do mnie jak tłum turystów przy murach miejskich w Dubrowniku.

Pod koniec lata odwiedziłem Split — miasto, które ma puls metropolii, ale z urokiem kasztelana na wiecznej emeryturze. Pałac Dioklecjana robi wrażenie nawet na osobach niewrażliwych na starożytne mury (tak, mówię o sobie). Klimat nocnych spacerów po nadmorskiej promenadzie Riva jest tak relaksujący, że przegapiłem ostatni prom do Hvaru. Ale nie martwcie się, znalazłem nocleg w dość interesującym hostelu z festynem głośnych backpackerów w ramach gratisu.

A teraz kusi mnie Dubrownik. Z jednej strony „Perła Adriatyku”, z drugiej tłumy tak gęste, że można by je pokroić nożem. Czy to prawda, że stare miasto wygląda jeszcze lepiej z góry Srd? Mam ochotę wspiąć się tam pieszo zamiast typowej kolejki linowej — ktoś próbował? #przezdramatycznenogi

Transport między tymi miastami też wydaje się przygodą samą w sobie. Najlepiej autem, prawda? Dojazd autobusem może być emocjonujący jak partia szachów bez królowej (czyt. klimatyzacji). A może łódź? Kto nie chciałby poczuć się jak przemytnik morski przemierzający Dalmację? #morskigoraczka

Ale wracając do meritum — co polecacie na pierwszy raz: Dubrownik czy Split? Czy warto skupić się na jednym mieście przez tydzień czy spróbować zobaczyć oba i ryzykować chorwackim deja vu?

Dzięki za każdą wskazówkę od was #chorwacja maniacy!


Ja bym dał szansę Dubrownikowi, ale pamiętaj, że ceny tam często szybują do nieba jak smok w "Grze o Tron". Sprawdź też lokalne knajpki poza starówką — można trafić na pysznego cevapa za rozsądną kasę. #dubrownikkuchnia

4

Bieszczady jesienią to była decyzja podjęta nieco impulsywnie, ale to właśnie w tym tkwiła jej magia. Wsiadłem do pociągu z Warszawy do Rzeszowa, a potem przesiadka na autobus do Ustrzyk Górnych. Osobiście polecam wybrać Polski Bus - komfortowo i niedrogo. Jesień w Bieszczadach to coś wyjątkowego, krajobraz zmienia się niczym kalejdoskop.

Co warto zabrać? Na pewno dobrą parę butów trekingowych - błoto potrafi być zdradliwe! Mój ulubiony szlak wiedzie przez Tarnicę, najwyższy szczyt polskich Bieszczadów. Trampki będą miały tam trudne przeprawy! Nie zapomnij też o kurtce przeciwdeszczowej, pogoda bywa kapryśna jak lokalny bimber. Apropos bimbru - nie jechałem bez termosu pełnego herbaty z domieszką rozgrzewającego specjału.

Gdzie spać? Schronisko na Przełęczy Bukowskiej to mój wybór numer jeden. Klimatycznie, z widokiem na Połoniny. Polecam rezerwować wcześniej, bo miejsc mało, a chętnych dużo. A jeśli wolisz bardziej "pocztówkowe" widoki przy śniadaniu, odwiedź Bacówkę pod Małą Rawką.

Na koniec szykujcie trochę gotówki – nawet najbardziej zaprawieni górscy wędrowcy skuszą się na placki ziemniaczane w barze "Pod Żubrem"! Serio, najlepsze jakie jadłem od lat.

A teraz pytanie: jakie są wasze ulubione jesienne miejsca w Bieszczadach? Może ktoś ma swoje sekrety na mniej zatłoczone szlaki?


Maciek, co do jesieni w Bieszczadach masz rację, ale Tarnica to nie wszystko! Jak masz ochotę na mniej zatłoczone spacerki, to polecam szlak do Chatki Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. W zeszłym roku byłem tam we wrześniu i było naprawdę spokojnie, a widoki zapierają dech. Jeśli szukasz jedzenia, to bar w Cisnej przy drodze miedzy Leskiem a Ustrzykami Dolnymi serwuje wyśmienite pierogi. A jak już mowa o napojach to obowiązkowo spróbuj lokalnego miodu pitnego. #BieszczadyJesienią

4

O rany, gdybym tylko wiedział wcześniej, że Islandia to po prostu finansowa czarna dziura dla portfela, może bym nie musiał teraz martwić się o swoje życie. No dobra, trochę przesadzam, ale wiecie jak to jest. Wydasz na jeden głupi hot-dog więcej niż na cały zestaw sushi w Warszawie.

Wszystko zaczęło się niewinnie. Moja żona i ja postanowiliśmy wybrać się na coś bardziej egzotycznego niż kołobrzeskie plaże i padło na Islandię. "Ach, te gejzery!" - mówiłem jej podekscytowany. "I te owce wszędzie!" - dodawała z zachwytem.

Pierwsze dni szły całkiem nieźle. Wynajęliśmy samochód (tak, zapomniałem wspomnieć o tym małym kredycie konsumpcyjnym), żeby wygodnie podróżować po tej pięknej krainie lodu i ognia. Ale pewnego dnia nadszedł moment próby... Zajechaliśmy do jednego z tych urokliwych małych sklepików w Reykjavíku, gdzie wszystko pachniało jakby było świeżo wypiekane przez samą matkę naturę.

Żona patrzyła na mnie prosząco: "Możemy spróbować tego specjalnego chleba pieczonego w geotermalnych źródłach?" Zanim zdążyłem przetrawić fakt, że chleb może kosztować tyle co dobre wino w Krakowie, kasjer już kasował nasz zakup.

Jednak największym hitem były chyba nasze próby posmakowania islandzkiego mięsa rekina fermentowanego... jeśli wiecie coś o durianach to powinniście zrozumieć intensywność tego doświadczenia (więcej o takich śmierdzących delicjach możecie przeczytać tutaj).

No dobrze, może nie był to najlepszy pomysł na spontaniczną przygodę kulinarną - ale hej! Co cię nie zabije (ani twojego małżeństwa), to cię wzmocni!

Podsumowując tę całą islandzką odyseję: moja rada dla każdego przyszłego podróżnika – miej plan B albo gotówkę pod ręką i bądź gotów do prowadzenia negocjacji bankowych zaraz po powrocie. Ale poważnie – kto odwiedził Islandię i wrócił bez żadnej śmiesznej historii?

Jakie macie najdziwniejsze kulinarne doświadczenia z podróży? Co było Waszym 'chlebem pieczonym w geotermach'?


Hej kaska_pl! Mam trochę inne wspomnienia z Islandii, chociaż masz rację, że portfel tam szybciej się opróżnia niż w bankomacie. Z mojej strony polecam jednak spróbować lokalnego skyr zamiast tego rekina, bo to przynajmniej słodka przyjemność bez zombie-oddechu! Chleb pieczony w geotermalnych źródłach? Przynajmniej raz warto – ale naprawdę warto także odwiedzić Bónus, tam można zaopatrzyć się w jedzenie nieco taniej niż w tych urokliwych sklepikach. Co do samochodu, ja wynająłem autko od miejscowego użytkownika z platformy car-sharingowej i wyszło taniej niż te wszystkie wypożyczalnie. A jeśli chodzi o dziwne kulinarne doświadczenia to kiedyś próbowałem suszonego kangura w Australii... i cóż, wolę wrócić do islandzkich owiec! #IslandzkaEkonomia

3

Kiedy myślicie o Portugalii, co przychodzi Wam do głowy? Sardynki prosto z grilla, a może bellini na Placu Rossio? Właśnie planuję podróż do tego słonecznego kraju i nie mogę się zdecydować: Lizbona czy Porto?

Lizbona kusi mnie swoim nieco chaotycznym tranwajowym klimatem. Zawsze chciałem poczuć się jak w starym filmie jadąc zabytkowym Tramwajem 28 przez wzgórza miasta. I te widoki z Miradouro da Senhora do Monte - podobno zapierają dech w piersiach! A Alfama nocą to ponoć magiczne miejsce dla miłośników fado. Czy ktoś ma przepis na to, jak nie skończyć maratonu po lizbońskich schodach zapominając, gdzie zostawiło się butelkę porto?

Z drugiej strony Porto - miasto, które pachnie winem i szumem rzeki Douro. Wizja spaceru po mostach Luisa I o zachodzie słońca brzmi jak coś, czego chcę spróbować. No i Ribeira! Nie mogę się doczekać kolorowych kamieniczek oraz tych momentów, gdy człowiek zastanawia się, czy to wino rzeczywiście było potrzebne.

Pytanie brzmi: co wybrać? Może ktoś zna ukrytą restaurację z najlepszą Francesinha albo tajne wejście do klasztoru Mosteiro da Serra do Pilar?

#portugalia #lizbona #tramwaj28 #porto


Jeśli kierunek Porto, to koniecznie wpadnij na rejs łódką po rzece Douro — widoki są niesamowite, a bilety kupisz już za kilka euro. I spróbuj ich słynnych pasteis de nata na Rua de Santa Catarina, palce lizać! #porto

1

Czy ktoś z Was próbował kiedyś opłynąć zatokę Kotorską w kajaku? Jeśli nie, to serio coś tracicie! Miałem wrażenie, że wpłynąłem do jakiegoś magicznego świata. Niezwykłe fiordy, majestatyczne góry w tle i te maleńkie wioski odbijające się w tafli wody — czułem się jak bohater filmu przygodowego!

Startowałem z miejscowości Perast, ale dopiero przystanek na Wyspie Matki Boskiej na Skale przyprawił mnie o ciarki. Maleńka wysepka z kościołem — zupełnie jakby ktoś postanowił wybudować go na środku niczego. Ciekawostką jest fakt, że wyspa jest sztuczna; lokalni przez lata wrzucali tam kamienie, tworząc ją praktycznie od zera.

Sam kajak wynająłem od znajomego lokalnego gościa, który przechodził obok i pytał, czy nie potrzebuję guide’a — pewnie nawet wcześniej mnie nie planował! Ostatecznie popłynąłem solo i powiem Wam szczerze: lepiej być spontanicznym czasem niż wszystko planować co do joty!

Wiatr we włosach, szum fal i ten niezapomniany zachód słońca nad Kotor Bay — ciężko to opisać słowami. Kajakiem po Zatoce Kotorskiej płyniecie? #czarnogora #perast #zatokakotorska #kajakiempochorwacji


Super, że opłynąłeś Zatokę Kotorską! Jeśli już tam będziecie, warto też wybrać się na lokalny targ w Kotorze — znajdziecie go przy Starym Mieście. Idealne miejsce, aby spróbować świeżych owoców morza i domowej roboty oliwy. A jak już zgłodniejecie po kajakach, polecam knajpkę "Konoba Scala Santa", gdzie zjecie pyszne grillowane kalmary za około 15 euro. Lepiej zarezerwować stolik wcześniej, bo wieczorem bywa tam tłoczno. #KotorEuropa

2

Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się przemierzać urokliwe tatrzańskie szlaki z nadzieją na chwile relaksu, a zamiast tego usłyszeć... remix hitów disco polo? No właśnie. Wybrałem się ostatnio na spacer do Morskiego Oka – klasyka, wiem, ale zawsze działa na zmysły. Tym razem jednak było inaczej. Szłam sobie spokojnie, podziwiając widoki i wsłuchując się w szum drzew, gdy nagle zza zakrętu wyłania się grupa turystów uzbrojonych nie tylko w kijki trekkingowe, ale i potężny głośnik Bluetooth. Nie mogę powiedzieć, żeby szczytowy moment 'Jolka Jolka' był czymś, co pasowało do tej scenografii.

Rozumiem potrzebę dzielenia się muzyką i chęć podkręcenia atmosfery, ale może są granice? Zabawne jest to, że im dalej w las (dosłownie), tym głośniej. Kto by pomyślał, że idąc szlakiem pośród natury poczujesz się jak na wiejskim festynie? Nie mówiąc już o biednych zwierzętach, które pewnie myślą o emigracji.

Moim zdaniem góry mają być azylem ciszy i spokoju. A teraz wygląda to tak: idziesz sobie majestatyczną drogą pod górkę i bum! Festiwal muzyczny prosto z plecaka sąsiada spacerowicza. Powiedzcie mi, gdzie tu logika?

Czy ktoś jeszcze uważa, że przydałby się zakaz głośnej muzyki na szlakach? Może strażnicy parku powinni nosić zestawy karaoke, żebyśmy mogli wyrównywać dźwiękowe szanse? Może pora zacząć rozdawać ulotki „Jak kochać Tatry bez decybeli”? Jestem ciekaw Waszych doświadczeń i czy macie podobne historie „koncertowe”. A może macie inne sposoby na radzenie sobie z takimi sytuacjami?

#polska #tatry #spacerpoganach #muzykawgorach


Tomku, aż się uśmiałem z tego "festiwalu muzycznego prosto z plecaka"! Też miałem podobną sytuację w Bieszczadach parę lat temu. Ale zamiast disco polo, ktoś postanowił umilić spacer górski death metalem. Co ciekawe, ani ja, ani żaden z napotkanych turystów nie mieliśmy odwagi zwrócić uwagi tej grupie. A Ty próbowałeś jakoś zareagować na ten taneczny incydent? Może to jakiś nowy trend, a my o tym po prostu nie wiemy? #naświeżympowietrzu

1

Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się, jak to jest poczuć się jak Indiana Jones, Petra w Jordanii to miejsce, gdzie twoje marzenia mogą stać się rzeczywistością. Moje pierwsze wrażenie? Gapiłem się z rozdziawionymi ustami na Skarbiec i zastanawiałem się, czy coś spadnie mi na głowę jak w filmie! Już sama droga do Petry przez wąski kanion Siq to przeżycie — 1,2 kilometra wijącego się wąwozu z cudownymi rzeźbieniami po drodze. Warto mieć dobre buty i dużo wody.

Wadi Rum to z kolei inny świat. Pustynny krajobraz jest niesamowity, zwłaszcza podczas zachodu słońca. Spaliśmy pod gołym niebem w tradycyjnym beduińskim obozie — muszę przyznać, że gruba kołdra była zbawieniem przed nocnym chłodem! Czasem pytacie mnie o transport — polecam wynająć jeepy z przewodnikiem. Lokalsi znają najlepsze miejsca na fotki i mają niebywały talent do opowiadania historii.

A propos jedzenia — kupowanie falafeli na ulicy to prawdziwe doświadczenie smaku. Jeśli jesteś kawoszem jak ja, lokalna kawa z kardamonem dostarczy ci energii na dalszą eksplorację.

Ktoś jeszcze czuje tę nostalgię za piaskiem we włosach i gwiazdami nad głową? A może macie swoje ulubione pustynne historie? Podzielcie się swoimi doświadczeniami!

#jordania #petra #wadirum #skarbiecpetry


Zgadzam się, Petra robi robotę, choć nie wiem czemu nikt nie wspomina o wizycie w Little Petra — mniej tłoczno, a klimat równie magiczny. A tak szczerze, to jak radziliście sobie z bolącymi nogami po całym dniu chodzenia po Wadi Rum? 🙈 #LittlePetra

2

Mój wypad do Jordanii z początku był jak podróż na Marsa, zwłaszcza kiedy stanąłem oko w oko z monumentalną Petrą. Pamiętam, jak szedłem przez Siq – ciasny kanion prowadzący do Skarbca. Ta chwila, gdy nagle wyrasta przede mną ta starożytna fasada, była niczym scena wyjęta z Indiany Jonesa. Przy okazji, radzę wstać o świcie, żeby uniknąć tłumów i skorzystać z magicznego porannego światła.

Potem przyszła kolej na Wadi Rum. Czy latałem balonem? Nie! Ale jazda jeepem przez pustynne krajobrazy miała swój urok – szczególnie gdy się zatrzymaliśmy i dostaliśmy herbatę od Beduinów. Nie mogłem oprzeć się myśli: "To musi być najładniejsze miejsce na Ziemi dla tych wielbłądów".

Ktoś próbował może wspiąć się na Jebel Burdah? Podobno widok jest nieziemski! Albo skoczył na safari na grzbiecie dromadera?

Zainspirowany pustynnymi przygodami, zastanawiam się co jeszcze ma do zaoferowania Jordanija — macie jakieś ukryte perełki do polecenia? #jordania #petra #wadirumadventure #beduinskaherbata

1

Zima w Tatrach to nie lada wyzwanie, ale i prawdziwa gratka dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z górami. Rok temu zdecydowałem się wejść na Kasprowy Wierch, bo jak wiadomo kolejka linowa zimą potrafi być cudownie... zamarznięta. Dla początkujących polecam jednak łatwiejsze trasy, takie jak Dolina Kościeliska. To idealne miejsce na pierwsze kroki po śniegu, a szlak jest na tyle prosty, że wybacza błąd w planowaniu.

Z dojazdu do Zakopanego pociągiem PKP korzystać warto, zwłaszcza jeśli chcesz uniknąć parkowania w zimie — już samo krążenie po mieście przez zaspy potrafi być wyzwaniem! Do Doliny Kościeliskiej dotrzesz łatwo busem spod dworca PKS Zakopane — kosztuje parę złotych i kursuje często.

A co z jedzeniem? Po intensywnym spacerze gorąco polecam szarlotkę i gorącą czekoladę w jednej z bacówek przy dolinie. Nocleg? Karczma Szymoszkowa okazała się strzałem w dziesiątkę — prosto, klimatycznie i bez zbytniego drenażu portfela.

Tatry zimą nie muszą być tylko dla twardych zawodowców. A Ty? Masz swoje ulubione zimowe szlaki dla początkujących? Podziel się nimi tutaj!


Też byłem w Dolinie Kościeliskiej, ale latem — inna bajka! Pamiętam, że w Karczmie Szymoszkowa serwowali wtedy placki ziemniaczane prosto z patelni, pycha! #TatryLatem

4

Pamiętam, jak pewnego razu stwierdziłem, że Majorka to moja oaza spokoju. Ale nie mówimy tu o miejscach typu Magaluf! Szukałem czegoś bardziej tajemniczego. I tak natrafiłem na Cala Varques. Dotrzeć tam wcale nie jest łatwo: pół godziny pieszo przez las po opuszczeniu samochodu albo roweru, ale widoki? No bajka! Kryształowa woda i zero chaosu turystycznego. Co ciekawe, znajdziesz tam kilka jaskiń do eksploracji pod wodą. Bądź ostrożny – łatwo się zapomnieć i wypłynąć na powierzchnię za późno! Kolejne miejsce, które polecam to Playa de Muro. Okej, może nie całkiem 'ukryta', ale mimo wszystko spokojniejsza niż większość plaż na wyspie. Idealna dla kogoś, kto ma ochotę na dzień pełen chilloutu z książką w ręku.

A dla tych odważniejszych – Son Serra de Marina bez żadnych udogodnień czy parasoli – natura czysta jak łza. Tu po prostu musisz zabrać swój własny prowiant i okulary przeciwsłoneczne o warstwie anty-ochronnej wielkości parasola plażowego! Powiedzcie mi, czy macie swoje secret spots na Majorce, których nie ma jeszcze w folderach turystycznych?


Akceptuje politykę prywatności i ciasteczka na stronie które zostały opisane w pod adresem https://triptime.pl/polityka-prywatnosci