Znacie to uczucie, kiedy budzicie się rano z genialnym planem zdobycia Rysów i myślicie, że jesteście gotowi na wszystko? No cóż, ja byłem megapełen entuzjazmu... dopóki nie zauważyłem, że zamiast porządnych butów trekkingowych mam na sobie... klapki. 🤦♂️ Cały mój #genialnyplan runął szybciej niż lawina w Tatrach.
Tak oto stałem na parkingu w Palenicy Białczańskiej, gotowy na heroiczny wyczyn - w końcu co może pójść nie tak? W końcu robiłem kiedyś zakupy w podobnym obuwiu! Spoiler: wszystko poszło nie tak. Po kilku metrach marszu poślizgnąłem się na mokrej skale i zrozumiałem, że nawet #klapkicszampiona mają swoje limity.
Przy moim poprzednim podejściu do Morskiego Oka mogłem sobie pozwolić na mniej konwencjonalne obuwie - ale tym razem musiałem poddać się powrotowi do auta po odpowiedni ekwipunek. Lekcja nauczyła mnie jednego: Tatry to nie plaża.
Czy kiedykolwiek próbowaliście wspiąć się gdzieś w kompletnie niewłaściwym obuwiu? A może macie historię o jeszcze dziwniejszej górskiej modzie? Dajcie znać!
Maciek, chłopie, co za przygoda! Twoja historia przypomniała mi, jak kiedyś próbowałem zdobyć Śnieżkę w sandałach. Nawet nie zaczynaj! To była piękna lipcowa sobota i pomyślałem, że "dobre wywietrzenie stóp" to klucz do sukcesu. Na szczęście szybko się wycofałem po pierwszych kilku kamykach boleśnie wbitych w stopy. Od tamtej pory zawsze sprawdzam prognozę pogody - i stan obuwia - zanim ruszę na górski szlak. #uczsiezmoichbłędów
Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się przemierzać urokliwe tatrzańskie szlaki z nadzieją na chwile relaksu, a zamiast tego usłyszeć... remix hitów disco polo? No właśnie. Wybrałem się ostatnio na spacer do Morskiego Oka – klasyka, wiem, ale zawsze działa na zmysły. Tym razem jednak było inaczej. Szłam sobie spokojnie, podziwiając widoki i wsłuchując się w szum drzew, gdy nagle zza zakrętu wyłania się grupa turystów uzbrojonych nie tylko w kijki trekkingowe, ale i potężny głośnik Bluetooth. Nie mogę powiedzieć, żeby szczytowy moment 'Jolka Jolka' był czymś, co pasowało do tej scenografii.
Rozumiem potrzebę dzielenia się muzyką i chęć podkręcenia atmosfery, ale może są granice? Zabawne jest to, że im dalej w las (dosłownie), tym głośniej. Kto by pomyślał, że idąc szlakiem pośród natury poczujesz się jak na wiejskim festynie? Nie mówiąc już o biednych zwierzętach, które pewnie myślą o emigracji.
Moim zdaniem góry mają być azylem ciszy i spokoju. A teraz wygląda to tak: idziesz sobie majestatyczną drogą pod górkę i bum! Festiwal muzyczny prosto z plecaka sąsiada spacerowicza. Powiedzcie mi, gdzie tu logika?
Czy ktoś jeszcze uważa, że przydałby się zakaz głośnej muzyki na szlakach? Może strażnicy parku powinni nosić zestawy karaoke, żebyśmy mogli wyrównywać dźwiękowe szanse? Może pora zacząć rozdawać ulotki „Jak kochać Tatry bez decybeli”? Jestem ciekaw Waszych doświadczeń i czy macie podobne historie „koncertowe”. A może macie inne sposoby na radzenie sobie z takimi sytuacjami?
#polska #tatry #spacerpoganach #muzykawgorach
Tomku, aż się uśmiałem z tego "festiwalu muzycznego prosto z plecaka"! Też miałem podobną sytuację w Bieszczadach parę lat temu. Ale zamiast disco polo, ktoś postanowił umilić spacer górski death metalem. Co ciekawe, ani ja, ani żaden z napotkanych turystów nie mieliśmy odwagi zwrócić uwagi tej grupie. A Ty próbowałeś jakoś zareagować na ten taneczny incydent? Może to jakiś nowy trend, a my o tym po prostu nie wiemy? #naświeżympowietrzu
Znacie to uczucie, kiedy wspinacie się na szczyt, serce bije w rytm Tatr i nagle zamiast szumu wiatru słyszycie najnowsze hity zarzynane z przenośnego głośnika? Niby jesteśmy w sercu natury, a czuję się jakbym stał pod blokiem w centrum miasta. W zeszłą sobotę postanowiłem wybrać się na Giewont, podobno #mustsee każdego miłośnika górskim eskapad. To miał być dzień pełen majestatu i ciszy, ale zamiast tego częstowały mnie dźwięki techno rozbrzmiewające na całym szlaku! Czy naprawdę potrzebujemy muzyki na łonie przyrody? Jakby Tatry nie miały swojego unikalnego soundtracku – śpiew ptaków, szum strumyków, a ja dostaję "darudę"...
Najbardziej frustrujące jest to, że nie jestem sam z tym zdaniem! Widziałem innych turystów przewracających oczami i próbujących uciec gdzie indziej. A może to ja jestem z innej epoki i obecni miłośnicy gór lubią swoje wyprawy z DJ-em w tle? Jedno jest pewne – ta moda rozprzestrzeniła się jak wirus po wszystkich znanych szlakach. No bo wiecie, nic tak nie uspokaja jak dobra techniawka na Radhošťu!
Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam muzykę! Ale są miejsca naturalnie przeznaczone do konsumpcji dźwięków: koncerty, kluby czy własna kanapa. Góry jednak wolę bez akompaniamentu Justina Biebera... Serio mówiąc, jeśli ktoś jeszcze raz puści "Despacito" na Kasprowym Wierchu, bez mrugnięcia okiem ruszę do ataku ze śnieżką! Może by tak pomyśleć nad regulaminem zakazującym przenośnych głośników? Boję się tylko, że zaraz pojawią się spekulanci sprzedający „przemytnicze” zestawy głośnikowe przed wejściem na szlak.
Co Wy na to? Czy czaicie mój ból i myśli o zakazie byłyby dobrym pomysłem? Może macie inne historie związane z nieoczekiwanymi dźwiękami podczas waszych podróży?
Czy ktoś z Was, drodzy wędrowcy, miał ostatnio okazję podążać pięknymi szlakami w Tatrach i zamiast szumu strumienia słyszał... najnowszy hit disco polo? Serio, czy to już stały element krajobrazu górskiego? Właśnie wróciłem z trekkingu po Dolinie Kościeliskiej, gdzie miałem nadzieję uciec od zgiełku miasta i przytulić się do natury. Ale nie! Musiałem konkurować z „bumbum” sączącym się z czyjegoś przenośnego głośnika. Czy naprawdę muszę zabierać ze sobą stoperki na łoni przyrody? #tatry #gory
Próbowałem podziwiać malownicze widoki, a jedyne co udało mi się złapać to pulsujący rytm basu. Nie mówię, że muzyka jest czymś złym, ale serio – dlaczego akurat na szlaku? Gdyby jeszcze była to Vivaldi, może przymknąłbym oko... Może.
Oczywiście nikt nie przerwie swojej playlisty tylko dlatego, że ktoś obok chce cichej kontemplacji. Niektórzy mogą pomyśleć sobie: „Hej, skoro ktoś pisze 'Bieszczady i okolice - co warto zobaczyć' czytając o odosobnieniu i dzikiej naturze, to czemu nie mogę sobie zrobić prywatnej imprezy na Równi Krupowej?”. Z jednej strony śmieszne, z drugiej momentami tak absurdalne jak orkiestra symfoniczna grająca podczas koncertu rockowego.
OK, już kończę to narzekanie. Chciałem tylko zapytać: czy tylko ja jestem tak beznadziejnie staromodny? Może ktoś ma jakieś historie o innych absurdach z polskich szlaków?