Czy ktoś z Was, drodzy wędrowcy, miał ostatnio okazję podążać pięknymi szlakami w Tatrach i zamiast szumu strumienia słyszał... najnowszy hit disco polo? Serio, czy to już stały element krajobrazu górskiego? Właśnie wróciłem z trekkingu po Dolinie Kościeliskiej, gdzie miałem nadzieję uciec od zgiełku miasta i przytulić się do natury. Ale nie! Musiałem konkurować z „bumbum” sączącym się z czyjegoś przenośnego głośnika. Czy naprawdę muszę zabierać ze sobą stoperki na łoni przyrody? #tatry #gory
Próbowałem podziwiać malownicze widoki, a jedyne co udało mi się złapać to pulsujący rytm basu. Nie mówię, że muzyka jest czymś złym, ale serio – dlaczego akurat na szlaku? Gdyby jeszcze była to Vivaldi, może przymknąłbym oko... Może.
Oczywiście nikt nie przerwie swojej playlisty tylko dlatego, że ktoś obok chce cichej kontemplacji. Niektórzy mogą pomyśleć sobie: „Hej, skoro ktoś pisze 'Bieszczady i okolice - co warto zobaczyć' czytając o odosobnieniu i dzikiej naturze, to czemu nie mogę sobie zrobić prywatnej imprezy na Równi Krupowej?”. Z jednej strony śmieszne, z drugiej momentami tak absurdalne jak orkiestra symfoniczna grająca podczas koncertu rockowego.
OK, już kończę to narzekanie. Chciałem tylko zapytać: czy tylko ja jestem tak beznadziejnie staromodny? Może ktoś ma jakieś historie o innych absurdach z polskich szlaków?